Największa katastrofa autobusowa przedwojennej Polski. Wydarzyła się kilkanaście kilometrów od Ostrowi Mazowieckiej
Osiemnaście osób zginęło, gdy 8 sierpnia 1934 roku autobus relacji Łomża-Warszawa runął z drewnianego mostu do głębokiego rozlewiska. Wśród ofiar było sześć osób z Ostrowi Mazowieckiej oraz mieszkaniec Wąsewa. Dwa dni później miasto pogrążyło się w żałobie, a w ogromnej uroczystości pogrzebowej uczestniczyły tysiące ludzi.
Historię odtworzyliśmy przede wszystkim na podstawie licznych artykułów opublikowanych w prasie bezpośrednio po katastrofie, a także archiwalnych fotografii i późniejszych opracowań. Relacje różniły się w części szczegółów - między innymi w pisowni nazwisk, wieku niektórych ofiar oraz pierwszych ocenach przyczyny wypadku. Tam, gdzie informacje były sprzeczne, porównaliśmy kilka niezależnych publikacji i pozostawiliśmy te elementy, które znajdowały potwierdzenie w innych źródłach.
Miejsce, w którym zatonął autobus. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.
Rozmiar tragedii poruszył całą Polskę. Ówczesna prasa określała ją jako największy z dotychczas odnotowanych w kraju wypadków samochodowych. Pod względem liczby zabitych była najtragiczniejszą katastrofą autobusową okresu II Rzeczypospolitej.
Około godziny 8.00 autobus wyruszył z Łomży do Warszawy. Trasa prowadziła przez Ostrów Mazowiecką, Brok i Sadowne. Podróżowało nim 21 osób, w tym kierowca i konduktor. Dla pasażerów miał to być zwykły poranny przejazd do kolejnych miejscowości i stolicy. Nic nie zapowiadało, że zakończy się jedną z największych tragedii drogowych przedwojennej Polski.
Uszkodzona barierka w miejscu, w którym autobus runął z mostu. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.
Do wypadku doszło około godziny 9.20, kilka kilometrów za Brokiem, na drodze prowadzącej w stronę Sadownego. Autobus wjechał na wąski, drewniany most nad głębokim rozlewiskiem, przez które przepływała Bojewka. Według pierwszych ustaleń w pojeździe miała pęknąć przednia opona. Kierowca stracił panowanie nad autobusem, który uderzył w drewnianą barierę, przełamał ją i runął do wody.
W pobliżu znajdowali się trzej młodzi rowerzyści: Tadeusz Kołodziejczyk, Władysław Kołodziński i Stanisław Marszewski. Usłyszeli trzask łamanego drewna, brzęk tłuczonego szkła i krzyki pasażerów. Rzucili rowery i natychmiast ruszyli z pomocą. Po chwili autobus zniknął pod powierzchnią wody.
Uczestnicy akcji podczas wydobywania zatopionego autobusu. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.
Uratowano zaledwie trzy osoby: kierowcę Czesława Chylińskiego, współwłaściciela autobusu Moszka Bruna oraz pasażera Joska Szklaniewicza z Kolna. Ten ostatni po wyciągnięciu z wody nie dawał oznak życia. Miał siną twarz i nie oddychał. Ratownicy rozpoczęli sztuczne oddychanie i po dłuższej chwili zdołali przywrócić mu oddech. Następnie przewieziono go furmanką do szpitala w Ostrowi Mazowieckiej.
Kierowca miał rozciętą i krwawiącą dłoń. Kiedy położono go na trawie, zerwał się i w szoku zaczął uderzać głową o pień drzewa. Świadkowie musieli go powstrzymać i uspokoić. Pozostałych 18 osób nie zdołało wydostać się z zatopionego pojazdu.
Moment wydobywania ciał ofiar z wraku autobusu. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.
Autobus znalazł się na głębokości około ośmiu metrów i ugrzązł w mule. Głębokie rozlewisko, grząskie dno oraz ciężar pojazdu sprawiły, że akcja wydobywcza była niezwykle trudna. Na miejsce przyjechali strażacy z Sadownego i Broku oraz fabryczna straż ogniowa z Ostrówka koło Łochowa. Do działań włączyli się policjanci, żołnierze z Komorowa i saperzy z Warszawy. Z Gdyni sprowadzono również nurków Marynarki Wojennej.
Praca pod wodą była wyjątkowo niebezpieczna. Jeden z nurków spędził na dnie siedem minut. Po wynurzeniu chwiał się na nogach. Relacjonował, że pod wodą panowała całkowita ciemność, a przez rozbitą szybę autobusu dostrzegł dłoń jednej z ofiar. Podczas innego zejścia noga nurka zaplątała się w brezentową osłonę pojazdu. Zdołał się uwolnić dopiero po przecięciu materiału marynarskim nożem.
Wydobywanie ciał ofiar oraz wraku zatopionego autobusu. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.
Pierwsze próby podniesienia autobusu nie przyniosły rezultatu. Pękały liny i łańcuchy, a wrak ponownie osuwał się w wodę. Ratownicy pracowali również po zmroku. Nad brzegiem rozpalono wielkie ognisko, zapalono świece i pochodnie, których blask odbijał się w ciemnej wodzie. Policjanci, strażacy i żołnierze pozostali nad rozlewiskiem przez całą noc.
Wiadomość o tragedii szybko dotarła do Ostrowi, Łomży i rodzinnych miejscowości pasażerów. Bliscy niemal natychmiast zaczęli przyjeżdżać na miejsce wypadku. Przez dwa dni stali na brzegu i obserwowali kolejne nieudane próby podniesienia autobusu. Od pierwszego wieczoru członkowie żydowskich towarzystw modlitewnych z Sadownego i Broku odmawiali psalmy za zmarłych.
Wrak autobusu po wydobyciu ze stawu. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.
Jedni krewni rozpaczali głośno, inni w milczeniu wpatrywali się w wodę, pod którą pozostawali ich najbliżsi. Starsza kobieta, która straciła w katastrofie męża, przedarła się w kierunku bariery mostu. Policjanci powstrzymali ją, zanim skoczyła. Kobieta osunęła się na deski, uderzała głową o most i drapała jego nawierzchnię, raniąc dłonie.
W pewnym momencie jeden ze starszych mężczyzn, ojciec jednej z ofiar, rzucił się do stawu. Natychmiast wyciągnięto go z wody. Dramat rodzin był tak wielki, że policjanci przez cały czas musieli pilnować nie tylko miejsca prowadzonych prac, lecz również zrozpaczonych ludzi.
Wyławianie ciał ofiar katastrofy. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.
Obok rodzinnej tragedii rozgrywały się sceny, które już wówczas budziły oburzenie. Od środy okolica miejsca katastrofy zaczęła przypominać jarmark lub odpust. Nad rozlewisko przybywały tysiące gapiów, którzy utrudniali pracę ratownikom. Zjawili się również handlarze. Po obu stronach mostu rozstawili kramy ze słodyczami, owocami, lodami i kolorowymi napojami.
Nawoływania sprzedawców mieszały się z modlitwami i płaczem rodzin. Niektórzy gapie posunęli się nawet do tego, że siadali na trumnach przygotowanych do przewiezienia ciał. Ten niemal odpustowy nastrój tworzył wstrząsający kontrast z dramatem ludzi czekających na wydobycie swoich dzieci, rodziców i małżonków.
Nurek schodzący pod wodę podczas poszukiwania ofiar katastrofy. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.
Prace wznowiono w piątek o świcie. Mimo wczesnej pory nad rozlewiskiem zebrał się już kilkutysięczny tłum. Dwaj nurkowie zeszli na dno i przymocowali do autobusu łańcuchy. Około godziny 8.00 rozpoczęto ponowne wyciąganie pojazdu. Godzinę później jeden z łańcuchów pękł, ale po usunięciu uszkodzenia akcję wznowiono.
Wrak powoli przesuwano w stronę brzegu. Dopiero około południa nad powierzchnią pojawiła się krawędź bagażnika umieszczonego na dachu. Wtedy rozpacz rodzin, które od dwóch dni czekały nad wodą, stała się jeszcze trudniejsza do opanowania. Krewni próbowali podejść jak najbliżej autobusu, a policjanci z trudem powstrzymywali napierający tłum. Płacz mieszał się z nawoływaniem bliskich.
Osoby kierujące akcją ratowniczą. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.
Kiedy rozpoczęto wydobywanie ciał, w tłumie mdlały kolejne osoby. Tożsamość ofiar potwierdzały rodziny w obecności sędziego śledczego i lekarza. Matki zwracały się do swoich dzieci domowymi zdrobnieniami, a ojcowie nawoływali synów, jakby wciąż liczyli, że usłyszą odpowiedź.
Nie wszystkie ofiary odnaleziono wewnątrz autobusu. Po opróżnieniu wraku wciąż brakowało trzech osób. Na polu pozostały trzy puste trumny, obok których czekali ich najbliżsi. Poszukiwania trwały jeszcze przez wiele godzin. Muliste dno rozlewiska przeczesywano przy użyciu sieci rybackich.
Delegacja urzędników Ministerstwa Komunikacji. W berecie widoczny wiceminister komunikacji Julian Piasecki. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.
Po rozpoznaniu ciała składano w białych, drewnianych trumnach przywiezionych z Ostrowi. Wojskowymi samochodami przewożono je następnie do Ostrowi Mazowieckiej, a rodzinom pozwolono towarzyszyć transportowi. Stamtąd część trumien wyruszyła dalej do innych rodzinnych miejscowości.
Wśród 18 ofiar było sześć osób z Ostrowi Mazowieckiej. Zginęli Jankiel Chil Alperowicz, Josek Lipszyc, który był konduktorem autobusu, Józef Borowy, Motel Hust, jego córka Gołda oraz Abram Wilden. Katastrofy nie przeżył również Aron Apelberg z Wąsewa.
W piątek w Ostrowi Mazowieckiej odbyła się ogromna uroczystość pogrzebowa. Tego dnia zwykłe życie miasta niemal całkowicie zamarło. Zamknięto sklepy i warsztaty, ustały praca oraz codzienny ruch. Mieszkańcy bez względu na wyznanie wspólnie żegnali ofiary katastrofy.
W ostatniej drodze zmarłym towarzyszyły tysiące ludzi - Żydów i chrześcijan. Pogrzeb stał się wspólną manifestacją żałoby całego miasta. Wśród uczestników znajdowali się krewni i znajomi ofiar, ale także mieszkańcy, którzy nie znali ich osobiście. Łączyło ich poczucie, że tragedia dotknęła całą Ostrów. Na cmentarzu rozgrywały się przejmujące sceny, a rozpacz rodzin ponownie dała o sobie znać.
Był to jeden z tych rzadkich momentów w przedwojennej historii miasta, gdy żydowscy i chrześcijańscy mieszkańcy wspólnie przeżywali ten sam ból. Katastrofa nie pozostawiła miejsca na podziały. W obliczu śmierci sąsiadów Ostrów połączyła się we wspólnej żałobie.
Żydowskie ofiary pochodzące z Ostrowi spoczęły na miejscowym cmentarzu żydowskim przy dzisiejszej ulicy Wołodyjowskiego, w pobliżu skrzyżowania z ulicą Piaskową.
Śledztwo nie przyniosło jednej, niepodważalnej odpowiedzi na pytanie o przyczynę tragedii. Kierowca Czesław Chyliński został zatrzymany. Przed sądem odpowiadał za prowadzenie autobusu z nadmierną prędkością i spowodowanie katastrofy.
29 września 1934 roku Sąd Okręgowy w Siedlcach skazał go na dwa i pół roku więzienia. Po rozpoznaniu apelacji 4 grudnia sąd drugiej instancji uniewinnił jednak kierowcę. W ocenie zdarzenia duże znaczenie miał stan przeprawy - brak odpowiedniego krawężnika, słaba bariera i niewystarczające zabezpieczenie mostu.
W styczniu 1937 roku sprawa powróciła podczas procesów cywilnych dotyczących odszkodowań dla rodzin ofiar. Powołani wówczas eksperci przedstawili inne wnioski. Wskazywali na stare opony, zużyty mechanizm kierowniczy oraz zbyt dużą prędkość autobusu. Jeden z biegłych uznał jednocześnie, że most odpowiadał ówczesnym potrzebom lokalnego ruchu, a jego bariera i brak krawężnika nie przesądziły o katastrofie.
Późniejsze opinie nie zmieniły prawomocnego uniewinnienia kierowcy. Nawet po zakończeniu postępowań nie udało się jednoznacznie rozstrzygnąć, czy decydująca była awaria pojazdu, prędkość, stan mostu, czy połączenie wszystkich tych okoliczności.
Rozlewisko, przez które przepływa Bojewka, nadal znajduje się w tym miejscu. Drewnianej przeprawy już nie ma - obecnie nad wodą biegnie most w ciągu drogi krajowej nr 50. Każdego dnia przejeżdżają tędy kierowcy, z których zapewne niewielu wie, że właśnie tutaj, kilka kilometrów za Brokiem i kilkanaście kilometrów od Ostrowi Mazowieckiej, wydarzyła się największa katastrofa autobusowa przedwojennej Polski.
Źródła:
1. "Dobry Wieczór! Kurjer Czerwony" - nr 218 z 9 sierpnia 1934 roku, nr 219 z 10 sierpnia 1934 roku, nr 220 z 11 sierpnia 1934 roku, nr 221 z 12 sierpnia 1934 roku oraz nr 270 z 30 września 1934 roku.
2. "Kurjer Warszawski" - nr 217 z 9 sierpnia 1934 roku, nr 218 z 10 sierpnia 1934 roku, nr 219 z 11 sierpnia 1934 roku oraz nr 29 z 29 stycznia 1935 roku.
3. "5-ta Rano. Bezpartyjny dziennik żydowski" - nr 225 z 10 sierpnia 1934 roku oraz nr 226 z 11 sierpnia 1934 roku.
4. "Głos Lubelski" - nr 216 z 10 sierpnia 1934 roku.
5. "Ilustrowany Kuryer Codzienny" - nr 220 z 10 sierpnia, nr 221 z 11 sierpnia, nr 222 z 12 sierpnia oraz nr 223 z 13 sierpnia 1934 roku.
6. "Express Mazowiecki" - nr 221 z 11 sierpnia 1934 roku oraz nr 9 z 9 stycznia 1935 roku.
7. "Express Poranny" - nr 221 z 11 sierpnia 1934 roku oraz nr 19 z 19 stycznia 1937 roku.
8. "Express Kaliski" - nr 221 z 11 sierpnia 1934 roku.
9. "Kurjer Poranny" - nr 221 z 11 sierpnia 1934 roku oraz nr 337 z 5 grudnia 1934 roku.
10. "Ilustrowana Republika" - nr 219 z 11 sierpnia oraz nr 220 z 12 sierpnia 1934 roku.
11. "Dzień Dobry" - nr 337 z 5 grudnia 1934 roku oraz nr 19 z 19 stycznia 1937 roku.
12. A. Grafman, reportaż opublikowany w warszawskim dzienniku "Moment" w 1934 roku, przedrukowany w: "Sefer ha-zikaron le-kehilat Ostrov-Mazovyetsk", red. Arye (Laibl) Margolis, Tel Awiw 1960, s. 358-365.
13. "Ostrow Mazowiecka", red. Judah Loeb Levin, Jerozolima-Tel Awiw 1966, s. 72-73.
















